Parapety i blaty z marmuru
Wąska, zaciemniona sala, kilka łózek, okna, parapety Poznań - tak go pamiętam. W świetle jarzeniówki, schodząca ze ścian farba, stare drewno i linoleum, żaden tam marmur. Poznań studencki, uśmiechnięty, pijany i rozrywkowy, miedzy chińskimi zupkami a butelkami pokrywającymi wszystkie blaty. Poznań szczęścia. Poznań uśmiechu i słońca. Najsłodszy poznań. Parapety w akademikach wypełnione młodzieżą o pustych lodówkach, pełnych marzeń głowach i niepouzupełnianych notatkach, którym niepotrzebny jest do szczęścia zimny marmur. Poznań spełnionych życzeń i osobistych przemyśleń. Miasto kolorów, miasto zaczarowanego dorożkarza, otumaniającego hałasu, który dzwoni butelkami załamując pod ich ciężarem akademickie blaty. Poznań bliższych i dalszych spotkań, Poznań kolorowych neonów i ciągle nowych billboardów. Poznań jak jeden wielki cień Piotrusia Pana odnajduje w tobie dziecko i plącze włosy na wietrze i obiecuje że wszystko wybaczy że cokolwiek byś nie wymyślił dobrze się skończy, otula czerwonymi cegłami starych budynków i blaskiem słońca odbitym od wystaw. Marzą o nim każdej nocy. Widzę jak ludzie wypełniają puste chwile temu pomieszczanie, radośni, ze przypadło im odwiedzić właśnie poznań. Parapety powoli przekształcane w kanapy, tak jak zresztą wszystkie blaty Poznań imprezowy, szczęśliwy, otwierający szeroko ramiona dla ludzi lubiących przygodę i nastawionych do niego pozytywnie w każdym calu, gościnny jak najbliższa rodzina, wygodny jak ulubiona poduszka, luźny jak porozciągane dresy, Lepszy niż każdy marmur. Poznań mój.